Ucieczka od odpowiedzialności

Ucieczka od odpowiedzialności

Gdzieś na krańcu świata

Karczma, ewidentnie nadszarpnięta zębem czasu. Dookoła gęsty las spowity mlecznobiałą mgłą. W oddali wioska. Jej światła z trudem przebijają się przez zasłonę. Czy to są wschodnie rubieże Imperium, czy Księstwa Graniczne? Czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Czyż ideą nie było uciec jak najdalej od cywilizowanego świata, schować się przed odpowiedzialnością? W końcu nie każdy chce nosić brzemię w postaci korony, a już na pewno nie ci trzej siedzący przy wielokrotnie naprawianym stole.

Chociaż ich ubrania z pozoru wydają się proste, to po dokładniejszych oględzinach znać, że są dobrz skrojone, może nawet wyśmienicie. O ile stroje mogą jeszcze kogoś zmylić, o tyle po ostrzach znać, że to arcydzieła metalurgii. Wykute nie przez jakiegoś wioskowego partacza, tylko płatnerza co się zowie. A oni jak gdyby nigdy nic, popijają miejscowy specjał i zajadają kartofle z omastą. Czy takie życie jest lepsze? Czy naprawdę o to im chodziło, kiedy starali się uciec przez odpowiedzialnością? Na te i więcej pytań, odpowiedzi należałoby poszukać w ich sercach. Tylko oni byliby w stanie ich udzielić. Nikt inny.

Podczas czytania Niezbędnika do Wroga w Cieniach rzuciło mi się w oczy, że dziedzic Altdorfu, przybywa aktualnie na wygnaniu. Przypomniało mi to krótki ustęp w Mrocznych Władcach Nocy, gdzie czarno na białym jest napisane, że dziedzic von Carsteinów uciekł z Sylvanii, żeby wieść życie w obwoźnym cyrku. Przyznam szczerze, że to dziwny zbieg okoliczności, ale z drugiej strony ta sytuacja wydała mi się mocno intrygująca. Ze względu na to, że rozgrywanie kampanii tego typu bohaterami mogłoby być bardzo ciekawe. Wydaje mi się, że wniosłoby też pewien powiew świeżości. W końcu tutaj od razu na poziomie tworzenia postaci dostajemy gotowe do wykorzystania wątki.

Nietuzinkowy koncept na grę

Pewnie część z Was zastanawia się dlaczego w moim krótkim wprowadzeniu wszyscy bohaterowie uciekają przed odpowiedzialnością. Założyłem, że dopiero wysokie stężenie dziedziców w drużynie zapewniłoby nam prawdziwie emocjonującą i wyrównaną rozgrywkę oraz przede wszystkim dobrą zabawę. W przypadku, gdyby tylko jedna osoba miała takie potężne cienie w szafie, to myślę, że w dużej mierze światło reflektorów skupiłoby się wyłącznie na niej. Oczywiście tak też można grać, ale to nie jest to na czym mi zależy w tym wpisie. Chciałbym przedstawić propozycję równomiernej zabawy, gdzie wszyscy grają w tę samą grę. Zależy mi na tym, żeby na dźwięk tętentu kopyt wszystkim graczom podnosiło się ciśnienie, a nie tylko jednej osobie.

Czy to jest realistyczne? Pierwsza odpowiedź, która przychodzi do głowy to, jak najbardziej nie. Jednak jeżeli się dłużej pochylić nad tą kwestią, to istnieje pewne prawdopodobieństwo, że taki scenariusz mógłby się ziścić. Przede wszystkim życie pisze niesamowite historie, więc jestem przekonany, że taki zbieg okoliczności mógłby się wydarzyć prędzej w naszej rzeczywistości, niż w tej wyobrażonej. Po drugie zakładam, że jakby trzech szlachciców spotkało się na końcu świata, to trzymaliby się razem, bo we własnym gronie czuliby się najswobodniej. Jak to się mówi – ciągnie wilka do lasu, czy coś w tym stylu.

Wreszcie warto wspomnieć o ostatnim argumencie, który przemawia za tą ideą, ale zarazem jest najmniej przekonujący. Za to osobiście szalenie mnie bawi, to rozegranie scenariusza, kampanii w stylu dramatu pomyłek, względnie komedii, bo tak to sobie właśnie wyobrażam.

Ucieczka przed światem

Warto pochylić się chociaż na chwilę nad motywacją bohaterów. Zastanowić się dlaczego porzucili bezpieczne, stabilne i zaplanowane życie, żeby stawiać czoła codziennym wyzwaniom. Co ich pchnęło do ucieczki? W końcu większość mieszkańców Imperium marzy o tym, że mieszkać w potężnych zamkach, mieć na skinienie palca służących. Nie zamartwiać się ciągle o swój byt. Nie zastanawiać się skąd wziąć pieniądze na jedzenie dla siebie i rodziny. Nie zmagać się z prozą życia. Co może pchnąć człowieka, żeby zostawił to wszystko i stał się przeciętniakiem, anonimowym awanturnikiem jakich wielu na drogach Starego Świata? Myślę, że najlepszym sposobem znalezienia odpowiedzi na tę kwestię będzie oddanie głosu zainteresowanym.

Vlad von Carstein, dziedzic śmiertelnej linii von Carsteinów

Vlad von Carstein: Czy Ty byłeś kiedykolwiek w Sylvanii? Czy słyszałeś o wampirzych wojnach? Nie? To wiele tłumaczy. W takim razie zacznę swoją opowieść od początku. Dorastałem w mrocznym zamczysku, w którym za dnia wszyscy spali, żeby budzić się w nocy. Każdego dnia przy świetle księżyca odbywały się wystawne kolacje i bale. Nie widzisz w tym nic strasznego? No pewnie, że nie, bo jeszcze nie przeszedłem do sedna, ale jak nie będziesz mi ciągle przerywać, to zrozumiesz. Przynajmniej mam taką nadzieję. Muzyka, tańce, to wszystko to preludium do uczt. Szalonego, niepohamowanego żerowania. Każdej nocy na zamek sprowadzono głupców, którzy oczarowani prezencją moich krewniaków poczytywali to za zaszczyt. A cóż to za zaszczyt zostać zjedzonym? Tak, dokładnie. Krew i władza, tylko o tym myślą Mroczni Władcy Nocy, jak ich nazywasz. O niczym innym. W ich ciemnych sercach nie ma miejsca na miłość, współczucie. A ja byłem w centrum tego wszystkiego. Słuchałem opowieści o moich przodkach, o ich występkach, o ich wojnach. Miałem tego wszystkiego dosyć. Nie chciałem stać się taki, jak oni. Ta muzyka, te tańce to było coś, co naprawdę poruszało moją duszę. Marzyłem o tym, żeby pewnego dnia samemu zagrać. Oni patrzyli na mnie z politowaniem i mówili, że jak już stanę się nieśmiertelny to będę miał całe życie, żeby stać się najlepszym spośród wszystkich bardów. Ale po co mi doskonałość, skoro nic już bym nie czuł? Po co grać ballady jeżeli nie trącają najczulszych strun człowieka? Dlatego właśnie uciekłem.

Jak widać nie każdy jest predestynowany do tego, żeby dowodzić armiami nieumarłych. Nawet wśród wampirów może wyrosnąć ktoś kto marzy o zupełnie innym życiu, kto woli stawiać czoła codzienności. Nawet wychowywanie się w Sylvanii nie pozbawi człowieka marzeń i chęci do pójścia własną drogą. Czasami można oszukać przeznaczenie i spróbować ułożyć życie po swojemu.

Luitpold, dziedzic Altdorfu

Luitpold, syn Karla Franza I:  Jednego dnia wszystko było dobrze, a następnego mój świat wywrócił się do góry nogami. Zupełnie nie rozumiem czemu tak się stało. Czy na pewno? Nie będę ukrywał, że mam pewne podejrzenia, ale żeby od razu stosować tak drastyczne rozwiązanie. Przecież to nie był pierwszy raz kiedy wróciłem pijany do zamku. Dwie karczmy zdemolowane? Znieważony kapłan Sigmara? No dobra, powiem Ci prawdę. Nic nie pamiętam z tamtego wieczoru, ale to jeszcze nie powodu, żeby mnie wygnać. Nawet nie mieliśmy okazji porozmawiać. Informację przyniósł mi jakiś przydupas ojca. Kim ja jestem, żeby słuchać poleceń od jakiś poślednich szlachetków? Uważasz, że jestem zbyt pyszny, a co Ty możesz wiedzieć kmiocie!

Niektórzy sami sprowadzają na siebie los wygnańca. Życie fircyka, bawidamka i hulaki nijak nie przygotowuję do objęcia senioratu w Altdrofie. Dlatego potrzebne są drastyczne rozwiązania. Wysłanie dziedzica do dalekich, niebezpiecznych krain, żeby skorygował swój życiowy kurs. Odnalazł w sobie cechy, które sprawią, że ludzie będą go podziwiać, a nie szydzić z niego. Taka wyprawa ma sprawić, że dojrzeje i poukłada sobie priorytety.

Heinrich, tajemniczy nieznajomy

Anonimowy szlachcic: Chcesz poznać moją historię? Dowiedzieć się kim jestem? Zwą mnie Heinrich. Nazwisko? Jakie nazwisko, człowieku. Po prostu Heinrich. Przypominam Ci kogoś? Wszyscy mi to mówią, ale nikt nie wie kogo. Może Ty mi powiesz, co? Nie odchodź. Odpowiedz na moje pytanie! Domagam się odpowiedzi! Żądam ich! Wracaj!

Wreszcie trzeci z naszych bohaterów. Zaginiony szlachcic, dziecko porwane za młodu. Nie ma pojęcia skąd pochodzi. Nawet nie wie, że jego rodzina to potężni, imperialni elektorzy. Ci, którzy widzą go po raz pierwszy nie mają wątpliwości, co do jego pochodzenia. Takie rysy twarzy, może mieć tylko ktoś szlachetnie urodzony. Pozostaje otwarte pytanie, czy ktoś go jeszcze szuka, czy już dawno temu został uznany za zmarłego, a jego pojawienie się wywołałby dużo zamieszania?

Źródła radości

Skoro wiemy już dlaczego nasi bohaterowie są w tym miejscu, w którym ich poznaliśmy warto zastanowić się nad tym jakie możliwości fabularne daje nam drużyna składająca się z trzech zaginionych (a może wcale nie) dziedziców wielkich imperialnych rodów.  W końcu taki układ ma nam zapewnić dużo, dobrej rozrywki.

Tak, jak wspominałem powyżej tętent kopyt będzie sprawiał, że serca naszych szlachciców będą bić zdecydowanie szybciej. Na pewno znajdą się tacy, dla których ich zniknięcie będzie niekorzystne. Dołożą wszelkich starań, żeby ich odszukać i wykorzystać do własnych celów. Mniejszym problemem będzie, jeżeli to rodzina przypomni sobie o zaginionym dziedzicu albo uzna, że już wystarczająco pożył na własną rękę i czas wrócić do obowiązków rodowych. Wówczas w najgorszym wypadku bohater trafi do swojego domu, gdzie zostanie otoczony czułą opieką.

Pamiętajmy jednak, że taki dziedzic to łakomy kąsek. Ktoś mógłby chcieć go wykorzystać do własnych celów. Dlatego każda osoba spotkana na trakcie staje się podejrzana. Oczywiście jeżeli nasz szlachcic nie jest niewinnym, niczego nieświadomym młodzieńcem. Porwanie, do którego potencjalnie może dojść nie musi odbywać się wcale w asyście zbrojnych. Ofiara może zostać oczarowana propozycją powrotu do rodziny albo podjęcia walki o należne jej dziedzictwo. Może także zostać po prostu uwiedziona. Wbrew pozorom to też nie jest najgorsze rozwiązanie, bo może pojawić się łowca, który za zadanie ma pozbyć się niewygodnego dziedzica. Być może młodszy brat ma ochotę odziedziczyć cały spadek albo senior rywalizującego o ziemię rodu postanowi zakończyć spór poprzez wygaszenie linii konkurenta.

W przypadku sytuacji przedstawionej przez Luitpolda rzecz się może mieć zgoła odmiennie. Przy założeniu, że ojciec rzeczywiście wysłał go, żeby zmężniał i wydoroślał, to najprawdopodobniej nie wysłał go samego. Otoczył cichą opieką w postaci ludzi, którzy będą w stanie go chronić. Być może, w którymś momencie będą musieli się ujawnić. Czy doprowadzić to do spięcia? Czy dziedzic będzie próbował uciec, czy uzna tę opiekę za naturalną? Jednak opieka nie musi zakładać tylko cichego nadzoru. To może też być wpływanie na otoczenie i okoliczności tak, żeby szlachcic zmierzył się z zaplanowanymi trudnościami. To nic innego jak manipulacja obiektem w celu osiągnięcia pożądanego efektu.

Grałbym

Myślę, że najlepszą rekomendacją jest to, że sam miałbym ochotę poprowadzić taką rozgrywkę. Otwartą kwestią pozostaje, czy chcielibyśmy zrobić to z patosem należnym dojrzewającym decydentom Imperium, czy może z lekkim przymrużeniem oka tak, żeby wspólnie stworzyć komedię pomyłek. Dla mnie takie podejście na pewno byłoby odświeżające. W zasadzie przeszłość bohaterów wpływa na całą grę, tworzy najważniejsze wątki i okoliczności. Do wyboru pozostaje miejsce i kompania. Nic tylko usiąść i grać. Tylko kiedy na to wszystko znaleźć czas.

Photo by Jonathan Kemper on Unsplash

c

Lorem ipsum dolor sit amet, unum adhuc graece mea ad. Pri odio quas insolens ne, et mea quem deserunt. Vix ex deserunt torqu atos sea vide quo te summo nusqu.

Wieści z gawry

Pazuremspisane, wprost do Twojego legowiska